paździe.13

Autostopem do Iraku

dodano: 13 października 2009 przez alicjazz


Podczas naszej podróży wpadliśmy z krótką wizytą do Iraku, a dokładniej do irackiego Kurdystanu, który jest autonomicznym regionem. Ta część naszej podróży była w dużej mierze zaplanowana przez Bartka Piziaka, który doleciał do Turcji samolotem. Spotkaliśmy się w Kapadocji, skąd podzieleni na dwa zespoły (Bartek z Martą i w drugim my) ruszyliśmy w stronę irackiej granicy... oczywiście autostopem :) Bartek z Martą wybrali drogę południową przez Nigde i Adanę, a potem wzdłuż syryjskiej granicy. My zaś wybraliśmy trasę przez Kayseri, Malatyę, Elazig i Diyarbakir. Wszyscy mieliśmy się spotkać w Mardin, ale się nie spotkaliśmy, a dlaczego to za chwil kilka.

 

Nasza podróż autostopem zaczęła się tym razem od dostawcy pomidorów, który o 6 rano zaspany bardziej niż my wiózł świeże warzywa do Avanos. My jechaliśmy z kierowcą w kabinie, a nasze plecaki na pace wśród czerwoniutkich pomidorów, które rozsiewały przyjemny aromat... aż ślinka ciekła. Przy wyciąganiu plecaków ręka zadrżała, żeby choć jednego lub dwa pomidorki schować ukradkiem do kieszeni, ale jakoś się powstrzymaliśmy.  Ziewający kierowca wysadził nas na skrzyżowaniu w stronę Kayseri. Mamy nadzieję, że nie zasnął gdzieś na trasie... Nie minęły 2 minuty i dość nagle zatrzymał się samochód, a w nim dwóch chłopaków – Adem i Mesut. Jak się później okazało jeden z nich był Turkiem, a drugi Kurdem. W tym oto momencie przyszło nam poczuć po raz pierwszy, co znaczy kurdyjska gościnność i pomoc.

 

Ledwo wsiedliśmy do samochodu, a Mesut dał nam całą paczkę paluszków. Poczęstowaliśmy się kilkoma i chcieliśmy oddać, a ten na to: „Ale to całe dla Was. Jedzcie!”. Chwilę z chłopakami pogadaliśmy na migi, bo nie znali żadnego języka obcego, a potem zapadliśmy w sen. Obudziliśmy się po półtorej godziny kiedy samochód zatrzymywał się na parkingu. Idziemy do kibelka i chcemy za niego zapłacić: „A skąd! Jesteście naszymi gośćmi! Ja płacę” – odpowiada Mesut. Głupio nam się trochę zrobiło, ale ok. Suma nie była duża. Jednak chwilę później lądujemy na śniadanku w postaci herbaty i ciastka, na które też jesteśmy zaproszeni przez chłopaków. Stanowczo się upierają, że chcą za nas zapłacić. Podczas śniadania zaczęły się dyskusje, których potem nie było końca. Co prawda nikt z nas nie mówił w języku, który rozumiałyby obie strony, ale wszystko intuicyjnie rozumieliśmy. Zarówno my jak i oni – przynajmniej tak nam się wydaje. Jak nie na migi, to obrazkowo lub poprzez dźwięki. Super zabawa, ale czas jechać dalej! A na drogę jeszcze dostajemy od Mesuta smakołyk turecki o wdzięcznej nazwie „pismaniye”. To coś w rodzaju waty cukrowej, ale: kłębuszki są mniejsze, mniej słodkie, gęstsze, mają smak wanilii i czekolady.

 

Po drodze mijamy miasto Malatya, które jest stolicą regionu słynącego z najlepszy moreli.Mijając jeden z przydrożnych straganów, chłopaki stwierdzili, że zatrzymają się i zobaczą czy owoce są smaczne. Skończyło się tym, że dostaliśmy wór świeżych moreli i jeszcze całą paczkę bakalii. Ech... już nawet nie protestowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że to nie ma sensu, a im widać sprawiało frajdę przebywanie z nami i to, że mogą nas gościć w swoim samochodzie. Jeszcze tylko fotki ze sklepikarzem i całym jego inwentarzem i dalej w drogę. Jedziemy, a z samochodowych głośników sączy się jakaś tradycyjna muzyka: słychać pobrzękiwanie jakiegoś strunowego instrumentu i melancholijne zawodzenie śpiewaka. Muzyka ta bardzo nam się spodobała, więc zaczęliśmy dopytywać, jak się nazywa wykonawca, a że jakoś nie mogliśmy się porozumieć pokazaliśmy palcem na kasetę i wyraziliśmy swój entuzjazm. Mesut stwierdził, że nam da tę kasetę, ale tym razem stanowczo zaprotestowaliśmy. Skończyło się na tym, że napisali nam w notesie nazwiska kilku najlepszych wykonawców tradycyjnej muzyki tureckiej i kurdyjskiej. Śmialiśmy się potem, że jak powiemy im, że mają fajny samochód, to nam go dadzą, więc tego nie zrobiliśmy, ale jeszcze raz było nam dane przekonać się o ich gościnności.

 

  Gdy nadeszła pora obiadowa Adem zatrzymał samochód przy restauracji nad wielkim jeziorem w miejscowości Köprü. Knajpka posiadła rozległy, zadaszony taras z pięknym widokiem na całe jezioro. Zaczynaliśmy podejrzewać, co kombinują nasi chłopcy i dobrze wydedukowaliśmy, że zapraszają nas na obiad. Taras pełen ludzi i dziesiątki wlepionych w nas par oczu... w tej sytuacji stwierdziliśmy, że nie będziemy robić scen i po raz kolejny korzystamy z gościnności Adema i Masuta, choć strasznie nam było głupio, bo wiemy, że nie mamy jak się odwdzięczyć w tym momencie. Na stół wjeżdżają pyszne sałatki ze świeżych ogórków i pomidorków z posiekaną miętą, polane sokiem z cytryny, a następnie pstrągi z grilla, a do wszystkiego okrągłe placki – coś jak spód do pizzy. Nie będziemy się znęcać nad Wami i opisywać jakie to wszystko było pyszne, a byłoooo ;) I tym razem próbujemy porozmawiać na różne tematy, w miarę możliwości oczywiście. Rozmowa schodzi na temat narodu Kurdów w Turcji. Prosimy Mesuta o to, żeby na naszej mapie Turcji narysował gdzie mieszkają Kurdowie. Mesut szybkim ruchem ręki zakreśla spory kawałek Turcji, to wstyd, ale prawie nic nie wiemy na temat Kurdów, trzeba będzie to zmienić. W restauracji było sporo ludzi i większość przyglądała się nam z nieukrywanym zaciekawieniem - nie codziennie można spotkać tu turystów. Zwłaszcza dzieci są bardzo ciekawe i próbują nawiązać z nami kontakt: pytają po angielsku o nasze imiona, wiek i o to skąd jesteśmy. Pokazujemy im na mapie Europy naszą Polskę, a dzieciaki łapią się za głowę, że przybywamy z tak daleka. Cała konwersacja kończy się wspólną fotką z dzieciakami i w drogę, bo goni nas czas – dziś trzeba dojechać do Mardin, gdzie jesteśmy umówieni z Martą i Bartim.

 

Dojeżdżamy do miejscowości Elazig i tu nasze drogi z Ademem i Mesutem się rozchodzą. Chłopaki jadą do miejscowości Mus, a my w kierunku Mardin. Dziwna sprawa, ale przez te kilka godzin  w pewien sposób zżyliśmy się nimi i wcale nie chce się nam wysiadać z ich samochodu. Pożegnanie trwa dłuższą chwilę, Adem zaprasza nas do swojego miasta Konya, a Mesut sprawdza czy wszystkie prezenty od nich, zabraliśmy z samochodu. Ludzie właściwie nam obcy, prawie nic o sobie nie wiemy, a jednak żal się rozstawać... w spojrzeniu Mesuta widać prawdziwy smutek i jakby zatroskanie, wygląda jak mały chłopiec, któremu odebrano coś cennego. Ciarki przechodzą nam po plecach, trzeba wziąć się w garść i ruszyć dalej. Nie wspomnieliśmy, ale z chłopakami zrobiliśmy połowę trasy, którą mieliśmy pokonać do granicy irackiej. Nie dość, że świetnie trafiliśmy z transportem, to jeszcze w tak świetnym towarzystwie. Za to kochamy autostop!

 

Z Elazig szybko przedostaliśmy się kolejnym samochodem do miejscowości Diyarbakir. Kierowca tego wozu zatrzymał się dzięki interwencji siedzącego obok kolegi z pracy: Hasana. Jest mniej więcej w naszym wieku, widać, że bardzo chciał sobie z nami pogadać, ale słabo znał angielski. Mimo wszystko zapraszał nas do siebie do domu proponując nam nocleg. Tym razem jest nam to nie po drodze i dziękujemy za  propozycję, ale oczywiście wymieniamy się kontaktami, na pewno się przyda! Z Diyarbakir już blisko do Mardin, ale nikt nie jedzie w tę stronę, wszyscy zmierzają do miasta o nazwie Batman. Skoro Batman... to niech będzie Batman! Brzmi nieźle. Zatrzymujemy samochód, którym jedzie instalator anten satelitarnych w irackim Kurdystanie, czyli Kurd o imieniu Emre. Po raz kolejny mamy przyjemność poczuć czym jest kurdyjska gościnność.

 

Dość nieplanowanie wylądowaliśmy w niesamowitej miejscowości Hasankejf, wpisanej na listę UNESCO. Miasteczko przypomina trochę Kapadocję – domy i jaskinie wykute w skale. Trzeba tu dodać, że Emre jadać do Hasankejf zbacza z drogi i nadrabia prawie 60 kilometrów, tylko dlatego, aby pokazać nam swoją rodzinną miejscowość, właśnie Hasankejf. Pstrąg był dziś na obiad, to pstrąg będzie też na kolację, na którą znów jesteśmy zaproszeni do restauracji przyjaciela naszego kierowcy w Hasankejf. Restauracja jest otoczona wielkim sadem, w którym przeważają drzewka figowe. Po kolacji żegnamy się z naszym kierowcą, który przyznaje, że goszcząc nas wyrównuje sobie rachunek u Allaha.

 

My zostajemy  w sadzie, gdzie właściciel restauracji wskazuje nam miejsce na nocleg pod drzewem, na którym radośnie dyndają jeszcze zielone figi. W tej części Turcji jest tak gorąco, że ludzie śpią w nocy pod gołym niebem na wielkich, specjalnie w tym celu skonstruowanych metalowych platformach. Te „łoża” znajdują się tu przed każdym domem, tak samo jak panele słoneczne na dachach i beczki, w których za dnia woda ogrzewa się w naturalny sposób, dzięki promieniom słońca. Wykorzystywanie naturalnych źródeł energii to podstawa.

 

W międzyczasie kontaktujemy się z Bartim i Martą. Niestety im droga idzie wolniej i jadą głównie TIRami, więc mają spore zaległości. Decydujemy więc, że spotkamy się już na samej granicy z Irakiem. Noc pod figowcem mija przyjemnie, ale szybko i godzinę po pierwszym zaśpiewie Muezina jesteśmy już na nogach, gotowi do drogi. Barti dał znać, że już są w Silopi, więc teraz my musimy nadrobić. Rano niestety ruch był słaby, ale udaje się. Na początek łapiemy samochód dostawczy i kierowca pokazuje, że nie ma miejsca w szoferca. „Chłopie, ale Ty masz fajną pakę z tyłu! Możemy?” I tak lądujemy na pace dostawczego pick-up’a. Potem jeszcze dwa samochody i dumni z siebie do granicy irackiej dojeżdżamy w całości autostopami. Teraz jeszcze czas złapać stopa, który wwiózłby nas do Iraku...

 

Pelna galeria zdjec na www.loswiaheros.pl/zdjecia




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Wasze komentarze

zgłoś
whisper2 15 października 2009 whisper2 napisała:

sporo przygód, a jeszcze więcej przed Tobą